XIV. Biskupi bez diecezji i generałowie bez wojska. O co naprawdę (nie) spierają się entuzjaści Unam Sanctam?
W środowisku tradycjonalistów wrze, choć – powiedzmy sobie szczerze – przypomina to czasem sztorm w szklance wody. Na łamach bloga Głos Tradycji ukazał się tekst podpisany pseudonimem Eques („Unam Sanctam, czyli o sedewakantyzmie i jego przyszłości”). Autor wziął na warsztat niedawną polemikę redaktora Mikłaszewskiego z portalu Tenete Traditiones i postawił trafną diagnozę: mierzenie wartości ruchu teologicznego za pomocą cyferek, statystyk czy liczby lajków na Telegramie to nieporozumienie.
Eques ma tu pełną rację. Chrześcijaństwo nigdy nie było religią statystyki – Dawid nie sprawdzał wyciągu z suwaka logarytmicznego przed starciem z Goliatem, a Gedeon raczej nie budował strategii w oparciu o wykresy w Excelu. Gdybyśmy mieli decydować o Prawdzie na podstawie liczebności, wszyscy powinniśmy przesiąść się na Islam albo przynamniej zacząć pisać po chińsku.
Problem w tym, że po wygraniu tego prostego pojedynku na plastikowe pistolety autor tekstu natychmiast wpada w drugą skrajność. Skoro statystyki są be, to przejdźmy do organizowania... polskiej „prowincji” ruchu Unam Sanctam! Poprośmy biskupa Pierre’a Roya o opiekę, piszmy teksty, bądźmy aktywni i twórzmy „ożywczy powiew nowej Wiosny Kościoła”.
I w tym momencie trzeba zawołać głośne: Apage!
Dyskutanci tak bardzo zapalili się do sporu o to, czy 15 biskupów i 87 duchownych to „dużo czy mało” oraz czy piszą oni wystarczająco dużo postów w tygodniu, że całkowicie przeoczyli słońce w pokoju. A słońcem tym jest proste pytanie: czy inicjatywa Unam Sanctam ma w ogóle jakiekolwiek podstawy w nauce Kościoła, czy jest tylko kolejną malowniczą iluzją?
Gdy sakra przesłania jurysdykcję
Ale... od publicystycznych uszczypliwości przejdźmy do twardej kanonistyki (tej prawdziwej, sprzed reform, które nastąpiły po 1958 roku, a nie - radosnej twórczości z internetu).
Fundament, na którym wzniesiono cały gmach Unam Sanctam – czyli pomysł zwołania tzw. Niedoskonałego Soboru Powszechnego (Concilium Generale Imperfectum) przez tradycjonalistycznych biskupów w celu wyboru nowego Papieża – opiera się na kardynalnym błędzie teologicznym. Jest nim pomieszanie władzy święceń (potestas ordinis) z władzą jurysdykcji (potestas jurisdictionis).
Tradycyjni biskupi, odprawiający Najświętszą Ofiarę w swoich kaplicach na całym świecie, w ramach swoich bezkompromisowych apostolatów, posiadają bez wątpienia ważne święcenia. Mówiąc obrazowo: mają sakrę, mogą bierzmować, święcić kapłanów i konsekrować kościoły. Nie posiadają jednak ani milimetra kwadratowego zwyczajnej jurysdykcji terytorialnej nad jakąkolwiek diecezją na świecie. Nie są biskupami rezydencjalnymi (episcopi residentiales), nie zostali mianowani przez Głowę Kościoła i nie mają kanonicznej misji do rządzenia Kościołem na forum zewnętrznym.
Tymczasem pomysłodawcy Unam Sanctam uznali, że zebrawszy odpowiednią liczbę takich hierarchów, można po prostu ogłosić Sobór i wybrać Papieża. To tak, jakby zebrać w jednym pokoju kilkunastu emerytowanych generałów lub oficerów rezerwy pozbawionych przydziału bojowego i uznać, że stanowią oni Sztab Generalny Wojska Polskiego, po czym wydać rozkaz do ataku. Intencje mogą być szlachetne, ale na forum prawnym jest to absolutny i całkowity strzał w kolano.
Bellarmin z odzysku, czyli jak nie czytać Doktorów Kościoła
Zwolennicy Unam Sanctam chętnie machają przed oczami autorytetem św. Roberta Bellarmina oraz nauką o prawie dewolucji (devolutio ad Ecclesiam). Rzecz w tym, że św. Robert napisał swoje traktaty w zupełnie innym kontekście historycznym i prawnym – odnosił się do sytuacji Wielkiej Schizmy Zachodniej, gdy kardynałowie i biskupi biorący udział w soborach w Pizie czy Konstancji byli rzeczywistymi biskupami ordynariuszami, sprawującymi realną, usankcjonowaną władzę w swoich diecezjach!
Odzieranie teologii św. Bellarmina z kontekstu historycznego i prawnego oraz aplikowanie jej do grupy biskupów bez jurysdykcji jest podręcznikowym przykładem błędu dekontekstualizacji.
Co gorsza, ignorowanie tych subtelności prawnych nie prowadzi wcale do „Wiosny Kościoła”. Prowadzi do prostej, dobrze znanej w historii ścieżki zwanej konklawizmem. Gdy grupa duchownych uzurpuje sobie prawo do wyboru Papieża bez kanonicznego tytułu, efekt jest zawsze taki sam: powstaje kolejna, odizolowana od świata sekta z własnym „Piotrem”, którego nie uznaje żaden inny tradycjonalista po drugiej stronie rzeki.
Zamiast entuzjazmu – odrobina rygoru
Eques w swoim artykule wzywa do tworzenia struktur, szukania opiekunów i pisania manifestów. Wzywa do aktywizmu. Ale aktywizm bez prawidłowej doktryny to po prostu bezmyślna krzątanina.
Zanim zaczniemy organizować polskie duszpasterstwa i wysyłać hołdy dziękczynne do biskupów za granicą, zadajmy sobie proste pytanie: czy chcemy budować na skale katolickiego prawa i eklezjologii, czy na piasku teologicznych pobożnych życzeń?
Wyliczanki statystyczne redaktora Mikłaszewskiego mogły być jałowe, ale szukanie ratunku w samowolnych zgromadzeniach biskupów pozbawionych jurysdykcji jest lekarstwem gorszym od choroby. Dopóki entuzjaści Unam Sanctam nie zrozumieją, że Kościół katolicki jest strukturą prawną i hierarchiczną opartą na konkretnych normach Prawa Bożego (ius Divinum), a nie klubem dyskusyjnym dobrych chęci – dopóty każda nowa inicjatywa elekcyjna pozostanie jedynie malowniczym epizodem w internecie.
